Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
10. Będę trwać z podciętymi skrzydłami.
- Ded? Chyba nie rozumiem, co masz na myśli. Mam nigdy nikogo nie ratować? Mam pozwolić, by ktoś zginął?
Krukon westchnął, zatrzasnął książkę, zdjął okulary i przetarł oczy. Wiatr delikatnie targał jego krótkie czarne włosy, jego błękitne oczy zaszły mgiełką. Usiadł na kamiennej ławce i zapatrzył się na znajdujące się nieopodal, za wzniesieniem, szklarnie, wsparł głowę na dłoni i dopiero po chwili odpowiedział stojącemu przed nim Fabianowi. Gryfon przypatrywał mu się uważnie.
- Wtedy... Chciałem zginąć, rozumiesz? Nie chciałem żeby ktokolwiek mnie ratował. Miałem nadzieję, że zostanę przy niej.
Oszołomiony szatyn milczał chwilę, potem zamknął oczy i zwiesił głowę. Starał się ignorować dolatujące zewsząd śmiechy, usiadł obok Dedalusa i spojrzał mu prosto w oczy.
- Więc dlaczego bawisz się teraz w naszą organizację?
- Bo...- Krukon sam nie wiedział, co powiedzieć, nerwowo bębnił palcami o grzbiet grubego tomiszcza, otwierał co chwila usta tylko po to, by po chwili je znów zamknąć.
- Właśnie. Bo nie chcesz, żeby inni bezsensownie tracili życie. Robisz to dla nas, czyż nie? Możesz mnie nienawidzić, nic mi do tego. To twoje życie, twoje uczucia. Nigdy nie myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, wiedziałem, że tak nie jest. Teraz przynajmniej wiem, dlaczego...
Krukon pokiwał głową i siedzieli długo w milczeniu. Patrzyli na szklarnie i grupki ludzi przemykających tuż obok nich, na roześmiane dziewczyny. A każdy z nich coś w sobie tłamsił i nie mógł tego z siebie wyrzucić.
- Czemu jesteś dla niej taki twardy?
Fabian uniósł brwi, a potem wstał, spojrzał na Dedalusa przez ramie, westchnął cicho.
- To akurat nie twoja sprawa.
Ded uśmiechnął się nieznacznie i odprowadził Gryfona wzrokiem, potem powrócił do swej książki. Ale wcale jej nie czytał. Przerzucał tylko bezmyślnie strony zastanawiając się, czy aby Fabian nie miał racji... On tymczasem spacerował po błoniach zasłanych szkarłatnymi liśćmi, roztrącając je bezmyślnie. Dłonie wcisnął w kieszenie spodni, koszulą targał wiatr, a sznurówki plątały mu się jak na złość pod stopami. Zszedł powoli ze wzniesienia i znalazł się nieopodal boiska, przy którym kręciła się właśnie wracająca z treningu drużyna Gryfonów. I oczami wyobraźni zobaczył to, co działo się tutaj ledwie dwa dni temu...
Dostrzegł Jamesa, który podrzucał znicza, tylko po to, by po chwili chwycić go popisowo. Przeczesał sobie włosy dłonią i podbiegł do stojącej niedaleko Lily. Dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie, chwilę porozmawiali i panna Evans odwróciła się wzburzona. Dostrzegła Fabiana i pobiegła w jego stronę.
- Powiedz temu niepoprawnemu szukającemu, żeby mnie zostawił w spokoju - poprosiła.
- A nie wolisz załatwić tego sama?
- Liluś! Ale ja cię bardzo proszę. Chociaż raz! - James już biegł w ich kierunku.
- Potter! Słuchaj, lubię cię. Lubię, ale nic więcej, przemądrzały gumochłonie. Nie umówię się z tobą. Dlaczego jak przez tydzień jesteś normalny i można z tobą spokojnie rozmawiać, to nagle ci palma odbija?
Gryfon milczał przez chwilę robiąc obrażone miny, a potem całkiem spokojnie odpowiedział, że widać, co jakiś czas muszą mu spadać na głowę kokosy. Lily zamrugała zdziwiona i zaniemówiła, a James spokojnie jej tłumaczył, że przecież na palmach rosną kokosy. A skoro tak...
- Dość już, Potter. Zimno mi i czas na kolację. Nie wiem jak ty, ale ja wracam do zamku.
- Poczekaj na mnie, kwiatuszku!
Wyszczerzył zęby w uśmiechu i już za nią biegł zapominając zupełnie o całym Bożym świecie, śmiejąc się radośnie, strojąc głupie miny i podając jej rękę...
A teraz James leżał w Skrzydle Szpitalnym i powoli do siebie dochodził... Fabian westchnął cicho i zbiegł z wzniesienia, przeszedł powoli wzdłuż południowej strony boiska i ruszył powoli w stronę Zakazanego Lasu. Było już późno, niebo zalało się atramentową barwą i powoli wypełzał na nie błyszczący księżyc w pełni. Zrobiło się zimno i Gryfona przebiegały dreszcze, a z każdym oddechem w powietrze unosił się cień pary. Doszedł do wąskiej dróżki wiodącej pomiędzy wysokimi krzakami i zatrzymał się tam na chwilę. Spojrzał na zamek, w którym poczęły zapalać się niewyraźne błyski, aż w końcu na błonia spłynęło światło z setek rozpalonych świec. W Wielkiej Sali zbierali się zapewne na kolację. Ale on wcale nie miał ochoty na jedzenie, ani na powrót do szkoły. Powoli ruszył w kierunku chatki należącej do gajowego. Męczyło go wspomnienie wczorajszego pojedynku, czuł, że był to dopiero początek, że to ledwie przygrywka do wielkiego przedstawienia, w którym weźmie udział, stojąc po stronie dobra. Zagryzł wargi. Gdyby ona to usłyszała! Już miałaby w oczach łzy od śmiechu, nazywałaby go niepoprawnym romantykiem i nierozgarniętym odważnym bohaterem, rodem z mugolskich komiksów. Potrząsnął głową. Albo i nie... A może znów zaczęłaby z błyszczącymi oczami rozwodzić się nad tym, że na pewno zwyciężą. Za grosz realizmu. Zbliżał się już do domu gajowego. Po chwili usłyszał zapamiętałe szczekanie i jakiś gruby, uciszający je głos. Dym płynął z komina i mieszał się z ciemnością nocy, Fabian potykał się, co i rusz o korzenie, ale ani myślał o powrocie do zamku. Minął niewielki ogródek gajowego i powolnym krokiem począł obchodzić ciche i spokojne jezioro, na którym unosiły się zwiędłe liście. Potem miał jeszcze długo żałować, że postąpił tak lekkomyślnie...
* * *
Biegła przez długie korytarze o jasnych ścianach, słońce zaglądało do nich przez wysmukłe okna i oświetlało jej rozwiane blond włosy. Szare oczy błyszczały dziwnym blaskiem, na policzki wystąpiły jej rumieńce, dłonie zacisnęła w pięści. Marmurowa posadzka umykała jej spod stóp, krużganki zlały się jej w jeden długi pas, a częste przebłyski promieni słonecznych oślepiły ją. Wiatr niósł ze sobą zapach wilgotnej trawy, już zapewne pokrywającej się rosą, liście wpadały na posadzki, a słońce gasło powoli za Zakazanym Lasem. A ona biegła. Minęła szerokie schody wiodące do wieży Rawenclawu, potrąciła jakiegoś pierwszaka i dopadła ciężkich ciemnych drzwi z kołatką w kształcie orła. Zapukała.
- Dzięki czemu możesz latać, choć nie masz skrzydeł?
Dziewczyna milczała chwilę, zagapiła się na swoje czarne trampki, a na twarz biły jej coraz większe rumieńce.
- Dzięki miłości.
Drzwi ustąpiły przed nią. Weszła do pokoju wspólnego i oszołomiona rozejrzała się po pedantycznym wnętrzu. W kominku płonął ogień, na równo poustawianych kanapach rozłożyli się uczniowie, którzy wytrwale coś czytali lub pisali. W kącie przy schodach stał wysmukły posąg Rawenclaw, z którego wszyscy stroili sobie żarty. Stała pośrodku tego wszystkiego i zdziwiona wpatrywała się w wysokie okna, na które ktoś zaciągnął ciemnobrązowe zasłony, nie dopuszczając do środka światła. Podbiegła do nich, szarpnęła z całej siły i oślepiły ją promienie ginącego w dali słońca. Niebo zaróżowiło się już, gdzieniegdzie błyskały pierwsze gwiazdy, a atrament nocy pochłaniał dzień. Zagryzła wargi, spojrzała po raz ostatni na pokój wspólny, na jego błękitne ustawione rzędami, kanapy i fotele, na ogień buzujący radośnie w kominku i rzuciła się na schody wiodące do dormitorium. Wpadła na piąte piętro, pchnęła ciemne mahoniowe drzwi, na których kołysała się żałośnie kartka z dziecięcymi podpisami, stanęła na środku opustoszałego pokoju i wpatrywała się tępo w pościelone łóżka. Po chwili powoli podeszła do jednego z nich, ustawionego pod oknem, na którym leżały poukładane w kostkę ubrania i usiadła rozrzucając je na wszystkie strony. Spod poduszki wyjęła małą ramkę ze zdjęciem, z którego... Uśmiechał się tak słodko i tak delikatnie. Czochrał ją po włosach i raz po raz mrugał zupełnie rozbawiony. A jej podobizna próbowała usilnie mu się wyrwać. Trochę za długa grzywka przysłaniała te jego jasnobrązowe oczy... Niemalże bursztynowe. Westchnęła i rzuciła zdjęciem wprost w ścianę. Szkło stłukło się, jego odłamki migotały przez chwilę w powietrzu, a potem opadły z cichym pobrzękiem na drewnianą podłogę. Zdjęcie delikatnie, powoli spływało w dół, aż wylądowało na pozostałych ramkach.
- Wcale cię nie uskrzydli... Nie da ci nadziei... Nic ci nie da.
Podeszła powoli do okna, usiadła na parapecie i zapatrzyła się na delikatnie kołyszące się korony drzew. Wiatr przynosił ze sobą liście... Delikatnie uchyliła okno i ciesząc się wieczornym rześkim powietrzem, zaczęła płakać. Łzy płynęły powoli po jej rozgrzanych policzkach, oczy zaczęły ją niemiłosiernie piec, a zimne podmuchy wiatru przyprawiały ją o dreszcze. Dlaczego to się tak musi kończyć? A czy musi? Oczywiście, że nie. Przecież zawsze pozostają marzenia... Ale pewnie ma rację, mówiąc, że jest za słaba. Pokonał ją tak łatwo, po prostu ją rozbroił. A wczoraj wieczorem... Cholera! Dostała tylko „Drętwotą”. Gdyby to była poważna, ciężka walka już, by jej nie było. Leżałaby teraz gdzieś na zimnie, nic już nie czując... Może byłaby szczęśliwa, skąd miała wiedzieć? Wiatr wtargnął do dormitorium, osuszył jej łzy i przyniósł ze sobą szkarłatne, złote i miedziane liście, rzucił je na podłogę tuż obok potłuczonej ramki, po czym zniknął tak szybko jak się pojawił. Czasami zastanawiała się czy nie byłoby lepiej, gdyby jej serce już się zatrzymało. Albo, chociaż przestało czuć... Drzwi lekko skrzypnęły, ale nie zwróciła na to uwagi wpatrując się w jedną z jasno świecących gwiazd. Ktoś powoli do niej podszedł. Zerknęła w bok i zobaczyła Emelinę, która gniotła coś nerwowo w dłoniach. Westchnęła cicho.
- Profesor Dumbledore prosił... Kazał ci to przynieść. A potem, choćby na siłę, do siebie zaprowadzić.
Dorcas spojrzała na nią zdziwiona i sięgnęła po trzymaną przez Emelinę poszarzałą kartkę papieru. Rozpoznała pismo matki, tylko nie mogła dociec, dlaczego litery są jakby zamazane i pochylone, każda w inną stronę. Delikatnie, niepewna, co mogło się stać, skoro list adresowano do dyrektora, a nie do niej, rozprostowała kartkę i zaczęła czytać. Słów nie było wiele. Ale przemawiały jak nic. Blondynka rzuciła kartkę na podłogę, w oczach na nowo zakręciły się jej łzy. Zerwała się z parapetu, upadła na kolana, nie przejmując się tym, że rozcina sobie skórę na potłuczonym szkle i poczęła krzyczeć tak przeraźliwie, że zbiegło się kilka dziewczyn. Emelina kucnęła obok niej i delikatnie przytuliła, gładziła ją po włosach i szeptała coś kojąco. Ale Dorcas wyrywała się jej. Rzuciła się na łóżko, rozrzuciła wszystkie swoje rzeczy, potłukła pozostałe ramki ze zdjęciami, jakie miała ustawione na szafce przy łóżku, zerwała się i oparła o ścianę, wyjąc wniebogłosy. A łzy płynęły wciąż i wciąż.
- Tato, tato, tato... TATO!
Emelina próbowała powstrzymać łzy, ale już też nie mogła. Jedna z dziewczyn, Victoria, podeszła do przyjaciółki, przytuliła ją i cicho coś do niej mówiła. Blondwłosa osunęła się w jej ramiona, wciąż cicho łkając. Zielone oczy przyjaciółki wpatrywały się tępo w ścianę, a jej dłoń odruchowo gładziła plecy blondynki.
- Dorcas...- Emelina podeszła do nich. - Chodź... Proszę cię.
- Nie! Nigdzie nie pójdę! Ja już nie chcę! Nie chcę!
Sprowadziły ją siłą do pokoju wspólnego, gdzie przejął ją Dedalus, który dopiero, co wrócił. Chwycił ją w ramiona i mimo, że wyrywała się jak szalona, wyzywała go, kopała, a nawet próbowała gryźć, zaprowadził ją do gabinetu profesorskiego. A ona wciąż łkała...
* * *
Usiadł do stołu i sięgnął po tosty. Posmarował jednego z nich dżemem i bezmyślnie począł jeść. Dookoła niego rozbrzmiewały radosne śmiechy, brzęk sztućców uderzających o talerze, czasem jakieś piski. Ludzie byli szczęśliwi. Bardzo go to dziwiło. On sam powoli tracił siły na śmiech, na jakikolwiek wygłup, na cokolwiek innego niż ciężka praca i walka z Nimi... Gryzł bezmyślnie tosta zastanawiając się, jak to wszystko mogło się tak potoczyć. Skąd mu przyszła do głowy chęć walki? Dlaczego zarzucił spokojną pozycję chłopca do bicia i poleciał za Gideonem? Jak to się stało, że najpierw dał się wciągnąć w jego dowcipy, a potem w tą całą tajną organizację? Sam nie wiedział. Bał się. Wiedział, że nie jest nawet w połowie tak silny, jak reszta, że w rozstrzygającym momencie na pewno się zawaha, ale i tak chciał w tym dalej brnąć! Sam nie pojmował, skąd brały się w nim takie pokłady zapału i odwagi do działania. Rzucił na talerz niedokończonego tosta i zerwał się od stołu. Minął kilku zdziwionych Puchonów i pobiegł do Skrzydła Szpitalnego. Gwałtownie otworzył ciężkie drzwi i stanął w sali oświetlonej ledwie kilkoma świecami, gdzie unosiły się posapywania i ciche jęki leżących w łóżkach. Podszedł wprost do tego ustawionego na końcu pomieszczenia, po lewej, nieopodal okna. Gideon nie spał. Siedział wsparty na poduszkach, z bandażem owiniętym wokół oczu, który podtrzymywał jego opatrunki, pił powoli jakiś wywar o bliżej nieokreślonym kolorze i dość gęstej konsystencji. Kiedy tylko usłyszał, że ktoś do niego podszedł, zwrócił twarz w tamtą stronę. Benio zauważył jak chłopak nerwowo zaciska dłonie na szklance.
- Spokojnie, to tylko ja.
- Benio! Wystraszyłeś mnie!
Na ustach jego przyjaciela wykwitł delikatny uśmiech. Starszy Fenwick westchnął cicho i pochylił głowę, odebrał od Gideona szklankę, odstawił ją na stojącą obok szafkę i zebrał się w sobie.
- Gideon... Chciałbym się nauczyć... To znaczy... Bo skoro zostaniesz aurorem na pewno wiesz jeszcze o wiele więcej niż reszta i znasz więcej zaklęć i...
- Benio! - Puchon zaczął się śmiać. - Ja nie będę aurorem. Będę sędziom w Wizengamocie.
- Ale...
Milczeli chwilę, Fenwick wpatrywał się w księżyc zaglądający do okien Skrzydła Szpitalnego, a potem wstał.
- I tak chcę być tak silny, jak wy. Muszę. I będę.
Gideon zaczął się śmiać, zmieszany ciemnowłosy chłopak spojrzał na blondyna i już coś chciał powiedzieć, kiedy zobaczył, jak po jego policzku toczy się... Łza? Puchon śmiał się przez łzy...
- Będziesz. Już jesteś. Bo masz w sobie odwagę.
Drzwi skrzypnęły i na salę wszedł wysmukły blondyn. Rozejrzał się niepewnie, a potem podszedł do łóżka Gideona. Jego kroki odbiły się głucho po całym pomieszczeniu, słabe światło rzucane przez świece tańczyło w jego ciemnym oczach, wzbudzając w nich niepokojące błyski. Stanął obok Benia, zagryzł wargi, a potem usiadł na krześle i chwilę milczał.
- Jak się czujesz?
- Dobrze... Nie sądziłem, że przyjdziesz.
- Taaa... Mało, kto spodziewałby się czegoś takiego po Ślizgonie.
- To prawda.
- Wiem... Ale ja chcę być inny. Uwierzcie mi.
- Ja ci wierzę. Słowo Największego Dzieciucha w Szkole.
Benio uśmiechnął się nieznacznie i usiadł w nogach łóżka Gideona, wyciągnął coś z kieszeni i rzucił to Caradocowi. Chłopak złapał małą, podłużną paczkę i uważnie się jej przyjrzał, uniósł zdziwiony brwi i spojrzał na Fenwicka. Ten tylko mrugnął do niego po przyjacielsku.
- Jakby ktoś był dla ciebie bardzo niemiły.
Ślizgon uśmiechnął się nieznacznie. I wtedy drzwi otworzyły się ponownie i do środka wszedł dyrektor, a za nim Dedalus niosący na rękach łkającą Dorcas. Benio i Caradoc wymienili zdziwione spojrzenia, Gideon dopytywał się, co się dzieje. Ded ułożył Krukonkę na jednym z łóżek i nieznacznie skinąwszy na Ślizgona, zniknął za drzwiami. Benio wstał i niepewnym krokiem podszedł do dyrektora i pani Pomfrey.
- Co... Co się stało? - zapytał cicho, kiedy tylko pielęgniarka rzuciła się, by uspokajać Dorcas.
- Jej ojciec zginął - odparł cicho, zatroskany dyrektor. - I niestety mam nieprzyjemne wrażenie, że zabił go ktoś, kto wie dokładnie o waszych poczynaniach - jego oczy błysnęły delikatnie, a może to tylko światło załamało się w jego okularach. - Ktoś, kto wie o Zakonie.
Benio wstrzymał oddech i wpatrywał się w dyrektora wystraszonymi oczami, na jego twarz biły fale gorąca, dłonie zaczęły mu się pocić. Nerwowo naciągał na sobie koszulkę. Dyrektor uśmiechnął się delikatnie i spojrzał na Dorcas.
- Radziłbym wam bardziej zabezpieczać Pokój Życzeń. Jeszcze ktoś się tam dostanie. A macie na tyle wyobraźni, że możecie sobie zażyczyć wielu ciekawych udoskonaleń, czyż nie?
- T...Ta...Tak.
- Właśnie. A teraz już zmykaj. Gideon też potrzebuje odpoczynku.
I Benio wybiegł na zewnątrz w te pędy.
...I nikt o nas nie wspomni...
Odejść nam przyjdzie
Na zawsze
...Zakon Feniksa...
Ha! Wreszcie przeczytałam!!!
Świetna notka! Co prawda, żal mi Dorcas i w ogóle wszystkich, ale i tak mi się podoba... Coś się dzieje (i to jakie coś!^^)
Dobra, nie zanudzam, kończę i pozdrawiam! :)
|| daszkass ||
| | brak www | 15 02 08 / 16:18:02 |
Staram się, Neruś, staram się...
|| Am ||
| | brak www | 12 02 08 / 11:02:56 |
Am, ty lepiej panuj nad słowotokiem
Nie no, biedna Dorcas. Za dużo ma dziewczyna problemów. I James też biedny. I Gideon oczywiście. ( =] )
No mam takie wrażenie, że ostatnio we wszystkim co czytam (a także piszę :(: ) przewija się śmierć... może z wyjątkiem Zagubionych... ale i tak, i to mnie trochę dobija...
Dobra, kończę, bo widzę, że zaczynam smęcić... Pozdrawiam:*
|| Nera ||
| | brak www | 12 02 08 / 08:44:16 |
Haha, to znowu ja! Biedna Dorcas, za dużo jej się wali na głowę... Stanowczo za dużo. Ojciec... i nieszczęśliwa miłość (jak możesz być dla niej taaaka niedobra? ) Ee, oprócz tego... Powoli zaczynam się przyzwyczajać do imienia Benio... Już się nie śmieję za każdym razem, jak je widzę A Benio jest fajny, taki...poczciwy Nie wiem, takie słowo mi przyszło do głowy. Czemu nie było Syriusza? W zeszłej notce był Syriusz! Notki z Syriuszem są FAJNE! My, z łaski bożej król polski, żądamy notek z Syriuszem! Zaczynam od dziś zbierać podpisy pod takim postulatem Co tam jeszcze chciałam powiedzieć... Nie pamiętam... Mam nadzieję, że James i Gideon szybko wyjdą ze szpitala, bo bez nich smutno... tzn. bez Jamesa, bo Gideon cały czas gdzieś się przewija... No, i czekam na następną notkę, w której, miejmy nadzieję okaże się, czy Avery wywinie numer aragornowy, czy boromirowy (cóż, tylko my wiemy, o co chodzi, taki szyfr )! Hm, myślę, że aragornowy, ale nie wiem... A skoro już o tym mowa, to tata kupił Ronina na dvd, a wiesz, Viskusiu, co jest w Roninie... A raczej kto. I on też tam robi numer aragornowy, buahahaha! "Zatrzymaj wóz..." UUUUUUROCZE Ale zdaje się, że znów zaczynam gadać nie na temat, więc chyba sobie pójdę... Paa :*
|| Am ||
| | brak www | 10 02 08 / 19:45:45 |