Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
9. I nikt o nas nie wspomni...
Zaczął się niepokoić. Widział jak Peter wychodził, a do tej pory jeszcze nie wrócił, zapadł się pod ziemię. Co chwila spoglądał na ciężkie mahoniowe drzwi i odrywał się od rozmowy z rudowłosą dziewczyną. Lily w końcu zmarszczyła brwi i przyjrzała mu się uważnie. Dostrzegła jakiś dziwny blask w jego orzechowych oczach, lekko zagryzał wargi, a pojedyncza zmarszczka zdobiła jego czoło, tuż nad brwiami.
- James? Coś nie tak?
Spojrzał na nią i uśmiechnął się nieznacznie, ale zdecydowanie o wiele za sztucznie. Wcisnął dłonie w kieszenie czarnych spodni i rozkołysał się na piętach, okulary zsunęły mu się na czubek nosa.
- Nic, nic, Liluś. Tylko Petera gdzieś wywiało i zaczynam się zastanawiać, czy nie przytrzasnęła go krwiożercza klapa od klopa.
- Bardzo śmieszne, Potter - głos jej lekko zadrżał i rozejrzała się po dość ciemnym pokoju, jakby poszukiwała niskiego Gryfona - Kiedy poszedł?
- Jakieś - James spojrzał na zegarek, którego wskazówki nieubłaganie wskazywały dwudziestą trzecią trzydzieści - dwadzieścia pięć minut temu. Chyba.
- Zgubiliście coś, gołąbeczki w sosiku własnym? - zapytał roześmiany Łapa i oparł się nonszalancko na ramieniu szukającego Gryfonów.
- Glizdka - rzucił tylko.
I Syriusz od razu spoważniał. Uśmiech zniknął z jego ust, chłopak odruchowo sięgnął po różdżkę i doskoczył do kanapy, na której siedział Gideon, Ded i Caradoc. Koniec długiego bukowego drzewca dotknął karku Ślizgona. Gideon zerwał się na równe nogi, w jego dłoni pojawiła się brzozowa różdżka, spojrzał z nienawiścią na Syriusza i już miał coś powiedzieć, kiedy usłyszeli rumor dobiegający z korytarza. Ktoś głośno krzyknął, poniósł się odgłos uderzenia, a potem padło jakieś przekleństwo. Wszyscy zamarli w bezruchu wpatrując się uparcie w ciężkie drzwi, które zdawały się nieznacznie poruszać w świetle dopalających się powoli świec. Marlena zbladła wyraźnie i tak mocno zaciskała dłoń na swojej dębowej różdżce, że aż pobielały jej knykcie. Edgar spojrzał na pozostałych i przestąpił nerwowo z nogi na nogę, zakaszlał nieznacznie.
- Trzeba tam wyjść.
Kilka osób spojrzało na niego. Mimo, że głos drżał mu jak osika na wietrze, w jego oczach malowało się niezwykłe zdecydowanie, a usta zacisnęły się w wąską kreskę. Nikt nie spodziewał się po tym z reguły lękliwym, piątoklasiście takiego zdecydowania i odwagi. Dorcas uśmiechnęła się nieznacznie, podwinęła rękawy czarnej bluzy i spokojnie podeszła do drzwi wiodących na korytarz, skąd dochodziły ich teraz odgłosy szamotaniny.
- Nie możemy nagle wypaść stąd wszyscy od tak, hurmem - zauważył spokojnie Diggle i powiódł wzrokiem po zebranych.
- Boczne wyjście - Emelina podbiegła do jednego z luster i pchnęła je z całej siły. Chociaż nikt nie spodziewał się czegoś nadzwyczajnego, zobaczyli jak szklana tafla ustępuje i przed ich oczami ukazał się ciemny korytarz. Nie oświetlały go ani świece ani pochodnie, ani nawet blask księżyca. Panował tam mrok i cisza. Dedalus skinął głową i Krukonka wysunęła się powoli za lustrzane drzwi, przylgnęła plecami do ściany i nasłuchiwała w ciszy. Fabian zerwał się z poduszek i poszedł w ślady dziewczyny, a potem wsunął głowę do pokoju i skinął nieznacznie na Syriusza i Caradoca.
- Ruszcie się w końcu - syknął zniecierpliwiony i chwytając Ślizgona za koszulę, pchnął go na wąskie boczne schody - Odprowadź go do domku, Black. I lepiej niech wasza droga nie przyprowadzi was na czwarte piętro.
- Znalazł się kapitan - warknął Syriusz.
- A chcesz mieć na karku Rookwooda i całą bandę? Bo ja osobiście nie widziałbym w tym żadnej przyjemności. A podejrzewam, że Caradoc, również nie ma ochoty na spotkanie twarzą w twarz ze swym „kolegą” z dormitorium.
- A co ja jestem, popychadełko? Uniżony sługa waszej jaśnie oświeconej wysokości?
Syriusz uniósł lekko głowę i mierzyli się z Fabianem wzrokiem. W czarnych oczach młodszego Gryfona płonęła wściekłość, nerwowo zaciskał dłonie i w żaden sposób nie umiał się powstrzymać od zjadliwości. Prefekt Naczelny patrzył na niego spokojnie, jego oczy pozostały puste, zupełnie bez wyrazu i tylko na ustach błądził cień uśmiechu.
- Patrzcie no, podlotek, a już koty ze starszymi drze.
- Uważaj żebym ci jeszcze czegoś nie podarł!
- Zawrzyjcie swe szanowne gęby, bo skrzypią jak wrota od stodoły - Gideon rozsunął ich na boki, spojrzał na wąskie spiralne schody, a potem w towarzystwie Jamesa, Benia i Emeliny pobiegł w przeciwną stronę. Fabian sarknął niezadowolony i rzucił jeszcze tylko przez ramie:
- Porozmawiamy sobie o tym jutro, Black.
Syriusz przewrócił oczami, skrzywił się nieznacznie i w przypływie jakiegoś dziecinnego odruchu pokazał język plecom Prefekta.
- Może - zaczął niepewnie Caradoc - pójdę sam? Zaoszczędzę ci kłopotów...
- O nie! Co to, to nie, nasz mały ptaszku!
I już po chwili zbiegali w dół spiralnymi, wąskimi schodkami. Tymczasem Lily i Dorcas stały oparte o ciężkie mahoniowe drzwi, a Remus wraz z Dedelusem i Edgarem, omawiali coś po cichu, stojąc w najciemniejszym kącie pokoju. Wtem z korytarza doleciał ich wrzask, odgłos tłuczonego szkła, a spod drzwi doleciał ich zapach spalenizny. Lily niewiele myśląc otworzyła drzwi i wyślizgnęła się szybko, do środka zaś wpadł biały gęsty dym. Reszta wybiegła za nią, a wejście do Pokoju Życzeń zniknęło natychmiast. Dorcas potknęła się o coś i runęła na posadzkę jak długa, zaklęła pod nosem, po czym obtarła szybko rękawem, krew sączącą się z rozciętej wargi. Poderwała się i włączyła do rozgorzałej już walki. Błysk zielonego światła oślepił ją na chwilę, zacisnęła mocno powieki, ktoś objął ją w pasie i rzuciwszy na posadzkę, zasłonił staranną tarczą. Przetarła oczy, ale jedyne, co dostrzegła, to postrzępione końcówki czarnych spodni. Pomarańczowe zygzaki przemknęły tuż obok niej i usłyszała stłumiony jęk Benia, który uderzył z dużą siłą o posadzkę, a w chwilę później dostrzegła Gideona siedzącego sobie spokojnie na parapecie i rzucającego zaklęciami w Snape'a. Z mściwą satysfakcją rzuciła się ku nim, po czym uraczyła Ślizgona serią zaklęć zmieniających, delikatnie to ujmując, fizjonomię. Nagle jęknęła. Strumień szkarłatnego światła ugodził ją w plecy, poczuła dziwny ból rozchodzący się po całym ciele i już nie mogła się poruszyć. Tymczasem James uraczył Avery’ego „petrifucusem” i spokojnie rzucił zaklęciem niewerbalnym w oszołomionego wcześniej przez Remusa, Ślizgona z piątej klasy. Gęsta biała mgła zaczęła się rozrzedzać i powoli opadać, dzięki czemu szukający Gryfonów dostrzegł skulonego w kącie, mocno poturbowanego Petera i pochylającą się nad nim Lily. Uśmiechnął się delikatnie i na chwilę stracił zainteresowanie otaczającą go walką, zapatrzony na to, z jaką troską panna Evans pomagała wstać Glizdogonowi. I to był jego błąd...
Fabian nie zaszczycił jej nawet jednym spojrzeniem i obiegł w kierunku umykającego mu Rowle'a. Dopadł go przy załomie korytarza i użył swojego popisowego „Everte Stati”, z lubym uśmiechem na ustach patrzył jak wściekły Ślizgon szybuje wysoko w górę, tylko po to, by zaraz z głośnym hukiem opaść na świeżo wypolerowaną czarną posadzkę. Blask rzucany przez dogasające pochodnie oświetlił wściekłe spojrzenie zielonych oczu i na ustach Prefekta Naczelnego zgasł uśmiech, usłyszał jakiś ruch za sobą i odruchowo osłonił się tarczą, żółty promień odbił się od osłony i uderzył rzucającego prosto w twarz. Była to jakaś dziewczyna, która zaklęła płaczliwie i musiała upaść na posadzkę, gdyż usłyszał dość głośne uderzenie. Już szykował się do rzucenia zaklęcia na Rowle'a, kiedy nad ogólną wrzawę wyrwał się krzyk bólu. Fabian obejrzał się. Ślizgon wykorzystał to i umknął, rzuciwszy nań ówcześnie mało groźne zaklęcie. James wił się po posadzce, z jego oczu popłynęły łzy, zacisnął mocno zęby, ale jęk bólu znów wyrwał się z jego ust. Rookwood uśmiechał się triumfalnie, reszta stała i patrzyła ogłupiała. Marlena rzuciła się do Jamesa, Remus doskoczył do potężnego Ślizgona i zupełnie jak jakiś mugol, zaczął okładać go pięściami, Gideon zaś zareagował ostro. Krwistoczerwony promień zaklęcia ugodził Rookwooda w pierś, chłopak zachwiał się i wycofał w kierunku szerokich marmurowych schodów. Jacyś młodsi Ślizgoni osłonili go, a on zbiegł szybko na dół. Gideon oberwał jakimś zaklęciem, ktoś się zrywał do ucieczki... A potem wszystko potoczyło się bardzo szybko. Niewiadomo skąd zjawił się woźny razem z profesorami Slughornem i Flictwikiem. Fabian nie miał pojęcia, kiedy i jakim cudem zmusił Dorcas, Emelinę, Edgara i Marlenę do ucieczki, nie wiedział jak to się stało, że zniknęła Lily i Remus. Nie miał pojęcia jakim cudem pośród pozostałych nie dostrzegł Dedalusa. Ale był zadowolony z takiego obrotu sprawy. Nie pozostało ich wielu.
* * *
- I jak tam, braciszku?
Puchon uśmiechnął się nieznacznie. Jego krótkie jasne włosy rozlewały się w nieładzie po białej jak śnieg poduszce. Był trochę blady, ale, jak uparcie twierdził, czuł się już lepiej. Fabian nie wiedział jak to możliwe, ale Gideon utrzymywał, że zapach przeróżnych lekarstw podnosił go na duchu. Gryfon siedział teraz na niewielkim białym stołeczku przy łóżku brata i nerwowo rozglądał się po sali o wysokim sklepieniu i wysmukłych oknach. Słońce wpadało przez nie i oświetlało jasną posadzkę i kilka najbliższych łóżek. Gideon poruszył się nieznacznie i dotknął dłoni brata.
- Kiedy będę mógł zdjąć to coś z oczu? Nawet nie wiesz jak mi to przeszkadza!
- Nie jestem panią Pomfrey, braciszku, nie mi orzekać, ile jeszcze.
Gideon westchnął i uniósł rękę do oczu, jednak Fabian powstrzymał go w porę.
- Nie drap, głupolu. Jeszcze sobie zaszkodzisz.
- Nie zaszkodzę - mruknął niezadowolony, ale posłusznie ułożył rękę na wykrochmalonej białej kołdrze. - Co z Jamesem?
- Nie wiem. Pani Pomfrey oddzieliła go od reszty sali i nikomu nie pozwala do niego przychodzić. Kiedy spałeś był tu Syriusz i urządził o to niezłą awanturę, ale nawet to nie pomogło. Wyrzuciła go za drzwi i nadal obstaje przy swoim, uparta baba. I jeszcze nam nic nie powie, nikt nie wie, co z nim i jak się czuje.
- Myślałem, że wczoraj zabiję tego trollowego półmózga Rookwooda, ale jak widać niestety mi się nie udało - Puchon uśmiechnął się kwaśno i jego dłoń znów powędrowała do twarzy. - A co z resztą? Dobrze, że zdążyłem zdjąć zaklęcie z Dorcas...
- Nic. Uciekli. Peter jest trochę poturbowany, ale to nic aż tak wielkiego. Caradoc i Syriusz wrócili bez najmniejszych problemów. Lily z Remusem napotkali kotkę woźnego, ale nic to. Edgar z Marleną musieli chwilę odczekać na półpiętrze, bo zaniepokojona Sprout wyszła ze swojego gabinetu.
- A Diggle, Dorcas i Emelina?
- Cóż... Emelina i Ded dostali szlabany bo Zielnik ich przyłapał, niestety. Dorcas udało się gdzieś schować, więc jej nie złapała. A Benia Pomfrey wypuściła godzinę temu, ale i jemu dostał się jakiś szlaban i karne punkty. James jako ofiara napadu nic nie stracił.
Zamilkli. Oczy Gideona zaczęły łzawić i chłopak musiał w kółko ocierać policzki, Fabian huśtał się na krześle i uparcie wpatrywał się w białe przepierzenie, za którym znajdował się James. Wstał i rozejrzał się uważnie po Skrzydle Szpitalnym. Był sam. Uśmiechnął się delikatnie i szybkim krokiem przemierzył salę, mijając puste zasłane łóżka i mrużąc oczy, kiedy wchodził w pasy słońca wpadającego do środka. Powoli wsunął się za przepierzenie i spojrzał na śpiącego Gryfona. Był blady, a jego rozwichrzone włosy opadały mu na mocno zaciśnięte powieki. Oddychał spokojnie i miarowo, czasem zaciskał nerwowo dłonie, ale poza tym nie okazywał żadnych oznak zmęczenia lub bólu. Fabian uśmiechnął się lekko i wycofał na salę. Promienie popołudniowego słońca oświetlały jej białe ściany i potężne hebanowe drzwi, wzbudzały rozbłyski tęczowego światła w szklankach i dużym lustrze powieszonym nieopodal wejścia. W ramach portretu umieszczonego pod nim, drzemał jakiś staruszek i co chwila pochrapywał głośno. Fabian przeczesał sobie włosy dłonią, ziewnął i wrócił do brata, który począł się nerwowo kręcić.
- Z Jamesem wszystko w porządku. Śpi spokojnie.
- Oż ty! Poszedłeś tam?
- Jesteśmy tutaj sami, Gideonie. Nikt nie zauważył.
I znów zamilkli. Blondyn przeciągnął się i założył ręce na krzyż, zaczął cicho gwizdać melodie którejś ze znanych mugolskich piosenek. Fabian uśmiechnął się lekko.
- To była jej ulubiona piosenka mojej mamy... Znaczy, tak mówi tata.
Gideon nie odezwał się od razu.
- Fabian?
- Hm?
- Zawsze się zastanawiałem... Myślisz, że moja matka wyszła za twojego ojca z miłości?
- Nie wiem, Gideonie. Ale im więcej o tym myślę, dochodzę do wniosku, że nie. Poza tym... Policz sobie co nieco, braciszku. Oni poprali się w początkach maja, a ty urodziłeś się w grudniu.
Gideon uśmiechnął się jakoś krzywo.
- Wiesz, to by wiele tłumaczyło...
I znów zamilkli. Puchon zasnął po jakimś czasie i Fabian wstał. Patrzył jeszcze przez chwilę na brata, po czym wolnym krokiem opuścił Skrzydło Szpitalne. Powoli zszedł na dół i wyszedł na błonia tuż pod Północną Wieżą. Patrzył długo na boisko do quidditcha, które ukazywało swe wysokie trybuny, nad kołyszącymi się lekko na wietrze, zaczerwienionymi koronami drzew. Chmury biegły leniwie po niebie, rzucając duże cienie na trawę i ludzi, którzy siedzieli na niej w niewielkich grupkach. Spojrzał wprost w słońce i jego blask oślepił go na chwilę, ktoś dotknął jego ramienia, ale chłopak nie dostrzegł kto.
- Dziękuję. Za wczoraj. Ale na więcej nie licz.
Poznał ją. Mimo, że nie widział. Usłyszał szelest za plecami, ale kiedy się odwrócił, jej już nie było. Zniknęła w wąskim portyku, przez który sam właśnie przeszedł.
- I ona jeszcze ci dziękuje.
Gwałtownie odwrócił się i spojrzał na Dedalusa, który zatrzymał się nieopodal czytając jakąś książkę w ciemnej oprawie. Fabian zmarszczył brwi, podszedł do Krukona.
- O co ci chodzi, Ded?
- Wolałbym, żebyś już nigdy nikogo nie ratował.
Gryfon nie zrozumiał.
* * *
- To już dzisiaj.
- Nie podniecaj się tak, Avery, nie wyjdzie ci to na dobre.
- Ale... Zrozum, to dla mnie ważne. Pierwsza akcja, w której tak naprawdę wezmę udział.
- Mówiłem, przestań się tak ekscytować. To nic cudownego, mugole są za nudni. Naprawdę ciekawie robi się dopiero, kiedy pojawiają się czarodzieje. Tak, jak wtedy w piątej klasie... Lucjusz ciągle nie może wyjść z podziwu!
Wysmukły ciemnowłosy chłopak siedział na murku przed głównym wejściem do zamku i nerwowo majtał nogami, co chwila spoglądając na zegarek. Była dopiero piąta po południu, ale on już przyszykował się do drogi. Czekał teraz tylko na ojca, który miał zabrać go do domu, pod jakimś błahym pretekstem pogrzebu czy też może ślubu wujka.
- Rookwood?
Jego towarzysz spojrzał na niego, ciemne oczy błysnęły niebezpiecznie, wyszczerzył zęby w uśmiechu i powrócił do picia kremowego piwa. Wiatr targał im włosy i krawaty, a chmura przesłoniwszy na chwilę słońce, rzuciła na nich podłużny cień. Ludzie mijali ich w ciszy, szybkim krokiem, jakby obawiali się najgorszego. Drzewa kołysały się lekko w takt podmuchów wiatru, tafla jeziora zmąciła się nieznacznie i delikatne fale uderzały o brzeg. Było cicho i spokojnie.Gdzieś z oddali dolatywało do nich szczekanie psa i czyjś śmiech. Rookwood skrzywił się nieznacznie, przez dłuższą chwilę wpatrywał się w dym wydobywający się z komina domku należącego do gajowego, a potem odstawił butelkę na murek i sam się nań wspiął. Długie proste, jasnobrązowe włosy opadły mu na ramiona, chłopak ziewnął przeciągle i otworzył sobie kolejne kremowe piwo. Jacyś wystraszeni drugoklasiści minęli ich biegiem, któryś potknął się na schodach i Avery zaśmiał się radośnie, jego zielone oczy lśniły niezdrowym blaskiem. Starszy ze Ślizgonów skinął nieznacznie głową, zachęcając towarzysza, by mówił. Oparł się na łokciach i pogwizdywał cicho.
- Chciałbym...
Rookwood długo nic nie odpowiadał, jakby coś w sobie tłamsił, dopił kremowe i rzucił butelkę przed siebie. Rozbiła się na kamiennej drodze wiodącej do głównej bramy zamku. Wiatr znów się zerwał. Ochłodziło się zdecydowanie, ale to im nie przeszkadzało. Zza wzniesienia wyłoniła się jakaś postać w czarnym długim płaszczu i Avery poderwał się gwałtownie. Siódmoklasista zatrzymał go jednak w miejscu, uśmiechnął się nieprzyjemnie.
- Wiem, Avery. Zamknij się już i pij. Zaraz tutaj przyjdzie, to sobie spokojnie pogadacie, jak to ojciec z synem. Pij chłopaczku, to ci na zdrowie wyjdzie i może dobrze się spiszesz. A jak nie... To nie zwalaj na mnie. Rad ci nie udzielam, bo po cóż? Po prostu pij.
Ciemnowłosy sięgnął po brązową butelkę.
...I nikt o nas nie wspomni...
Odejść nam przyjdzie
Na zawsze
...Zakon Feniksa...
Wreszcie dotarłam Ale długa notka, no no... I dużo się działo. Ta bitwa spoko, ale podoba mi się, że piszesz też na końcu z perspektywy Avery'ego i Rookwooda. Fajnie, w końcu odrobinka tekstu też im się należy Ha, mam nadzieję, że Avery na akcji posika się ze strachu w majtki Pozdrowienia :*
|| Am ||
| | brak www | 10 02 08 / 19:18:49 |
Rock gotycki... o ja cię!!
Ale pasuje. Naprawdę, pasuje. Właśnie gdy piszę ten komentarz, to mi się ściąga^^
Niesamowita jatka. Zgadzam się z Dasz, że dobrze jest, jak jest dużo bohaterów. Tylko, jak zerkałam na ich opisy, wydało mi się dziwne to o Doge'u... przecież on był szkolnym przyjacielem Dumbla...
Biedny James i biedni oni. Dobrze, że nikomu nic poważnego się nie stało:| Ale akurat wczoraj o 23 skończyłam czytać HP7 i ciągle jeszcze jestem, że tak powiem, w nastroju...
Pozdrawiam serdecznie:* I pisz mi tak dalej!
|| Nera ||
| | brak www | 10 02 08 / 08:04:11 |
Tak, jak obiecałam-wstawiam komentarz :) Dzisiaj, bo wczoraj za dużo spraw na głowie :P
Zaczyna się robić ostro... I powiem ci szczerze, że jak jest teraz tyyyylu bohaterów, to się fajnie czyta^^ I nawet się nie pogubiłam :P Bidny Rogaty... On pewnie cruciatusem oberwał, nie? (chyba... :P) No nic, ale fajnie, że tak często notki^^ Pozdrawiam! :)
|| daszkass ||
| | brak www | 9 02 08 / 14:20:50 |